CZAS CIĘŻKICH ZBIORÓW…

Kino, spacer… czyli miły dzień z mężem. Ajjj nie pamiętam, kiedy ostatnio wyszliśmy gdzieś razem. Niestety nocna praca nie ułatwia nam tego. Poza tym ostatnimi czasy musieliśmy trochę zacisnąć pasa. Mamy ogromy i bardzo kosztowny cel do zrealizowania, dlatego też większość naszej kasy idzie właśnie na to. Niestety takie odkładanie wykańcza psychicznie i pewnie każdy kto kiedykolwiek zbierał na coś bardzo kosztownego, wie jak to jest. Napięta atmosfera, presja, wiele wyrzeczeń… Nawet najbardziej udane małżeństwo, w którymś momencie poczuje cholerną siłę diabła, jakim jest pieniądz. Dojdzie do spięcia i awantury. Nie wiem, czy się ze mną zgodzicie ale to chyba kasa jest najczęstszą przyczyną kłótni małżeńskich. Niestety przed nami jeszcze kilka miesięcy ciężkich zbiorów, a co za tym idzie podniesionego ryzyka i klimatu sprzyjającego sprzeczkom. Obiecaliśmy sobie, że się nie damy. Jesteśmy teamem. Zbieramy na nasz wspólny cel. Oboje pragniemy tego samego i wytrzymamy ten ciężki okres, musimy 😉

Aby łatwiej było wytrwać i nie pozabijać się w między czasie, warto jest pamiętać o małych umilaczach. Niewielkich przyjemnościach i wspólnych wyjściach od czasu do czasu. Ten okres to ciężka próba ale takich prób będzie tysiące. Tak było, jest i będzie. Pieniądze to ciężki temat i nienawidzę go poruszać ale niestety to nieodłączny element naszego życia i nie opuszcza nas ani na krok. Ważne aby nie dać się zwariować. To nie pieniądz powinien nami rządzić i nie on powinien decydować o naszej egzystencji ale my. To od nas i naszego podejścia zależy jak będziemy żyć. Starajmy się również zrozumieć potrzeby naszej drugiej połówki, nie zawsze będą one dla nas jasne i nie zawsze muszą być. To co nam wydawać się może mało istotne dla niego czy dla niej może być bardzo ważne i niezbędne.

IMG_2787 (2)blog hdt

To nie sztuka uzbierać trochę grosza, sztuką jest aby w najtrudniejszym momencie ’’wegetacji’’ i wyrzeczeń nie pozabijać się nawzajem i nie stracić do siebie wzajemnego szacunku. Ważny jest cel, bo przecież nie na darmo się tak poświęcamy. Ale nigdy, przenigdy nie zapominajmy, że nici z radości i happyendu jeśli znienawidzimy się gdzieś po drodze. Wtedy te wszystkie dni, w których siedzieliśmy w domu, gdy inni balowali, wszystkie kreacje, które przeszły nam koło nosa, bo kasa czekała w skarpecie, wszystkie wieczory, które spędziliśmy przed telewizorem, bo na kino zabrakło… . Wtedy cały ten okres pójdzie na marne. I po co to ogromne poświęcenie, jeśli na końcu naszej ciężko przebytej drogi nikt nie czeka i nie ma z kim cieszyć się ze spełnionego marzenia. Pamiętajmy, że cel jest ważny ale najważniejsza jest droga, którą wybierzemy aby go osiągnąć. Samo dążenie do niego. Nie za wszelką cenę, nigdy nie po trupach. Z głową, ze zdrowym rozsądkiem i z szacunkiem do innych i samego siebie.

Reklamy

CUSTOMER IS KING…

No i po meetingu. Wczoraj przed pracą mieliśmy spotkanie dla pracowników. Głównie sprawy organizacyjne, święta za pasem więc będzie szał. Menager rozwijał się w nieskończoność o koktajlach, menzurkach i nowych cenach. Takie tam nudy… Jednak powiedział coś, co bardzo mnie zirytowało i chyba irytuje od kiedy zaczęłam prace w Dublińskim barze…

Zacznę od tego, że w Dublinie panuje jakiś chory zwyczaj i przekonanie, iż wszystko się ludziom od tak należy. Tak też jest w przypadku barów. ’’Nie lubię tego trunku i chcę nowy, a jak nie to chce rozmawiać z menagerem…’’Takie zdania słyszymy za barem dość często. Co to znaczy ja chcę? Może tak proszę? To irytujące. Zauważyłam, że dublińczycy wołają po menagera dosłownie o każdą pierdołę… bo drink im nie podchodzi, bo za zimno, bo za ciepło, a bo za słaby, a bo za mocny i tak dalej. Gdy byłam świerzakiem i nie znałam jeszcze tej jakże wspaniałej kultury, to było to dla niepojęte. Ale jak? Nie podchodzi mu koktajl to tak po prostu mam zrobić nowy i to za free? A co z moją pracą i zaangażowaniem? Przecież to jego ryzyko co wybrał z pośród prawie stu pozycji z menu. Tak! Tak było by w Polsce ale to jest Dublin. Tu klient może wszystko.

Wczoraj usłyszeliśmy od menagera, że jak komuś koktajl nie odpowiada to mamy bez gadania wymienić. ’’Aha… i nie zapomnij przeprosić i ładnie się uśmiechnąć’’. Słucham??? Tylko dlatego, że mojemu szefowi nie chcę się wychodzić z biura (bo przecież klienci o wszystko wzywają menagera) ja mam robić z siebie idiotkę i klauna. Czy mój menager postradał zmysły? Czy on darzy nas jakimkolwiek szacunkiem? Chyba nie za dużym, jeżeli nakłania nas do utraty respektu do samych siebie.

no-clownsBLOG1

Być może ktoś pomyśli, że przesadzam i o co mi w ogóle chodzi, przecież wszędzie panuje zasada klient nasz pan! Okej, zgadzam się z tym. Ale wszystko ze zdrowym rozsądkiem. Jeżeli podchodzi do mnie człowiek, spokojnie i grzecznie pyta czy mogłabym wymienić mu drinka, bo na przykład pomylił się i zamówił nie to co chciał albo wyczuwa, że sok jest niedobry, czy może ja coś namieszałam… różne są przypadki, to jak najbardziej zrobię mu coś nowego. Ale takich klientów jest garstka. Z reguły najwięcej pretensji mają kombinatorzy, którzy chcą wyłudzić od nas jak najwięcej alkoholu za free i wymyślają przekomiczne bajeczki. A co najgorsze, są przy tym mega aroganccy i zwyczajnie wredni. Patrzą na nas takim wzrokiem, jakby chcieli wykrzyczeć… ty jesteś moim sługusem, więc nie dyskutuj tylko biegnij zrobić mi nowego drinka! I ja mam do takiego dupka pięknie się uśmiechać i robić z siebie klauna?

Historyjek o wymówkach na temat drinków znam tysiące, uzbierało się tego trochę w ciągu 4 lat. Chyba najgorsze są dziewczyny, gwiazdy Hollywood (tak im się wydaje), dla których wszystko jest za słabe, no i starsi faceci którzy myślą że są cool i mogą wszystko. Ostatnio usłyszałam, że jestem dziewczyną więc nie znam się na smaku piwa haha. Mamy wielu barmanów – chłopaków więc następnym razem zapraszam do kolegi, on na pewno zna się na browarach 😉

Nie macie pojęcia jakie ludzie mają pomysły i… odwagę, bo inaczej tego nazwać nie mogę. Ostatnio podeszła do mnie dziewczyna z prawie pustą szklanką i zapytała czy doleje jej wódki, bo jej koleżanka ma mocniejszy koktajl. Serio? Przecież tu widać denko.lol Brawo za odwagę ale nie. Tysiące sytuacji, w których ludzie chcą wymieniać pinty lub drinki, bo były nie dobre ale dziwnym trafem wypili ¾. Musze stwierdzić, że Dublińczycy nie mają wstydu, krępacji i niestety manier. Oczywiście nie wszyscy ale sporo takich niestety widuję w mojej pracy.

Na szczęście, w ciągu tych kilku lat sztukę radzenia sobie z wredotami opanowałam do perfekcji. Trochę żartem, trochę sprytem, a czasami urokiem osobistym hahah. Z reguły nie są to zbyt bystre osobniki, więc nie trudno jest obrócić ich atak tak, aby poczuli się głupio i zażenowanie. Dla mnie najważniejszy jest szacunek, staram się jak mogę aby wykonywać swoją pracę na pełne 100%, wkładam w to serce więc oczekuje troszeczkę respektu i zwyczajnego dziękuję. Czasami kipię w środku, zaciskam zęby i liczę do pięciu aby nie wybuchnąć, choć bardzo mam na to ochotę. Ale po co? Nie ma sensu awanturować się z idiotą. I w tym, bez dwóch zadań zgadzam się z moim przełożonym ale te wymiany dobrych koktajli i spełnianie ich wyimaginowanych zachcianek to moim zdaniem lekka przesada. Robimy z siebie idiotów tylko dlatego aby zatrzymać klientów. Ale czy warto zatrzymywać tego typu ludzi? Po co nam klienci, którzy wiecznie mają jakiś problem, którzy nie szanują staffu? Czy szacunek do drugiego człowieka już w ogóle się nie liczy? Takie przytakiwanie na wszystko tylko pogarsza sprawę. Klienci są aroganccy i niemili, bo sami im na to pozwalamy, a raczej nasi przełożeni, przychylając się do wszystkich ich kaprysów. To stawia nas – barmanów w złym świetle.

P.S. Bez obaw, mamy tez miłych i kulturalnych klientów. I to oni dają nam siłę i motywację do pracy. To nie jest tak, że wszyscy nasi goście są wredni i chamscy ale dziś skupiłam się akurat na takich, bo zwyczajnie oni mnie najbardziej irytują. Nigdy przenigdy nie pozwolę aby ktokolwiek traktował mnie jakbym była przedmiotem. Poza tym, że mam ręce i nogi mam też mózg. Jestem takim samym człowiekiem jak Ty więc traktuj mnie tak, jakbyś sam chciał być traktowany i od razu będzie milej dla wszystkich 🙂

ŚLIWKOWIEC … ZAPACH ŚWIĄT, NIESAMOWITY SMAK I TAJEMNICZA MOC

Od najmłodszych lat byłam i chyba nadal jestem wielką i zagorzałą fanką serników. Dosłownie pod każdą postacią… na zimno, na ciepło, tych wiedeńskich i nowojorskich, lekkich budyniowych oraz ciężkich świątecznych z rodzynkami i skórką pomarańczową, tych z ciemnym spodem oraz tych z kokosową górą. Można by tak wymieniać w nieskończoność, bo odmian serowców jest wiele. Uwielbiam wszystkie i to one najczęściej gościły na naszym stole.

Nie wiem czy to przez moją sernikomanię, czy to może kwestia przyzwyczajenia do starych przepisów ale w moim domu rodzinnym bardzo rzadko bywały ciasta z owocami. Jedyne, które przychodzi mi na myśl to uwielbiany przez wszystkich jabłecznik. A co z innymi darami natury? Gdzie śliwki, gruszki czy jagody? Hmm dziwne prawda? Jakoś nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiałam. Także kochana mamusiu, córeczka wyjechała do Dublina i liznęła trochę nowej kultury, poznała inne smaki także szykuj się, bo nadchodzi nowa era w naszym domu. Era owocowa!!! 😉 Może teraz, trochę dla odmiany uczeń podszkoli mistrza hehe.

IMG_3672 (2)

Były już ananasy i marchewki, były borówki, gruszki oraz truskawki. Teraz czas na coś nowego. Czas na węgierki! A wszystko przez Dagmarę, która na swoim blogu pochwaliła się piękną tartą korzenną ze śliwkami. Wyglądała tak smakowicie, że nie mogłam się oprzeć i upiekłam swojego śliwkowca. Dziękuje za tą słodką inspirację 🙂

IMG_3688 (2)

Wiem, że nie ładnie się chwalić ale przykro mi, tym razem troszeczkę muszę, bo ciasto wyszło niesamowite. Dawno nie jadłam czegoś tak pysznego. Zresztą chyba nigdy wcześniej nie jadłam ciasta ze śliwkami hehe. W domu pachnie świętami. A ciasto mmmm idealne w każdym calu. Słodkie ale z kwaskową nutką, maślano-jogurtowe i bardzo delikatne. A do tego bardzo proste i szybkie w wykonaniu.

SLIWKOWIEC przepis


Masło ucieramy (ja zmiksowałam) z cukrem na gładką masę, dodajemy jajka, jedno po drugim. Dalej miksując dodajemy przesianą wcześniej mąkę (pszenną + ziemniaczaną), proszek do pieczenia i cynamon w dwóch turach na zmianę z jogurtem greckim. Na koniec dodajemy aromat waniliowy i delikatnie mieszamy do połączenia się składników. Do wyłożonej papierem blaszki przekładamy ciasto. Nie będzie go dużo, bo placek jest niski. Na wierzchu układamy śliwki. Tu można się pobawić, jak komu bardziej odpowiada. Ja ułożyłam pokrojone w ćwiartki śliwki jedna przy drugiej. Nasze ciasto pieczemy w temperaturze 170ºC przez około 50-60 minut).


IMG_3699

Muszę dodać, że mój smakołyk ma właściwości godzące hehe. Nie dość, że pyszne to jeszcze magiczne. Zwalcza sprzeczki małżeńskie 🙂 Wierzcie mi, wiem co mówię hehe. Po jednym gryzie gwarantuję uśmiech od ucha do ucha i buziaka na zgodę. Jak to mówią… przez żołądek do serca? Nie sposób się nie zgodzić.

Miłego sobotniego wieczoru ❤

WAGARY W WASZYNGTONIE

Co prawda od naszej małej Waszyngtońskiej wycieczki minęło już kilka miesięcy i już prawie zapomniałam, że tam byłam ale pogoda w Dublinie byle jaka, a mnie dopadł holidayowy mood. Przeglądam zdjęcia z wakacji i tęsknie za słońcem, marze aby choć na chwilę wyrwać się z tego mokrego i rozwianego miasta… niestety w tym momencie mogę pozwolić sobie jedynie na wirtualną podróż. A, że wcześniej nie opowiadałam o naszych małych wagarach i podróży z NYC do DC, tak więc to dobry moment na małe wspominki.

on foot

Kierunek Capitol! Z Manhattanu do Stolicy jest zaledwie 4 godziny jazdy, więc rzut beretem. Bez sensu było wypożyczać samochód, także do DC dostaliśmy się za pośrednictwem znanej amerykańskiej sieci przewozów autokarowych megabus.  Firma słynie ze sprzedaży biletów przez Internet już od 1$ i obsługuje około 60 miast w USA i Kanadzie. My nasze bilety kupiliśmy za 10$/osobę w obie strony więc bardzo przyzwoita cena za wycieczkę do innego Stanu. Podróż była bardzo przyjemna, autokar czyściutki, klimatyzowany, toaleta z całym niezbędnym wyposażeniem heh i Internet bez ograniczeń, a do tego piękne widoki zza szyby. Śmiało polecam.

union station (1)

Kierowca wysadził nas na Union Station i od tego momentu mieliśmy jakieś 9 godzin do autobusu powrotnego. Zwiedzanie Waszyngtonu było mega przyjemne, czuć tam dużo większy spokój niż w Nowym Jorku. Dookoła bardzo dużo zieleni i kwiatów. Mnóstwo tabliczek i słupów informacyjnych, także nie ma szans aby ktokolwiek mógł się tam zgubić. Wszystko jest ’’po drodze’’ i wszystko jest bardzo czytelnie oznaczone. Pierwszy na horyzoncie stanął nam US Capitol. Niestety pech chciał, że trafiliśmy na czas remontu i na pamiątkę mamy zdjęcie pięknego budynku z kopułą oplecioną rusztowaniem.

capitol (3)

capitol

9 godzin to na prawdę nie wiele na zwiedzenie całego miasta lub chociażby jego najważniejszej części. Warto zatem przygotować sobie wcześniej listę miejsc, które koniecznie chcemy zobaczyć. My za priorytet obraliśmy sobie wszystkie atrakcje zewnętrzne. Dosłownie na jednej nodze wstąpiliśmy do US Holocaust Memorial Museum. To jedyne udało nam się zobaczyć od środka (w Waszyngtonie wszystkie wejścia są za free).

Freedom is not free…

dzien 2 Waszyngton (374)

korea blog

mix dc

wojna (3)

war memorial

Największe zaskoczenie podczas naszej wędrówki ulicami amerykańskiej stolicy? Hmm, chyba ilość biegaczy. W Waszyngtonie dosłownie wszyscy uprawiają jogging. Spędziliśmy tam cały dzień i przysięgam… więcej mijaliśmy osób biegających niż spacerujących tak jak my. Otyli amerykanie? Na pewno nie ci z Waszyngtonu.lol

Same miasto jest piękne, zielone i bardzo spokojne. Chyba nigdy w życiu nie widziałam tylu odmian i kolorów tulipanów co w DC. Architektura jest bardzo zróżnicowana podobnie jak w Nowym Jorku. Mieszanka różnych stylów, jednak z tą mała różnicą, że budynki w stolicy są ogromne i potężne objętościowo ale niezbyt wysokie. W NY zaś wszystko jest jakby bardziej slim & tall. Ciekawostką dla mnie było, że Waszyngtończycy również mają swoje jednokolorowe taxówki, jednak nie słoneczno żółte jak na Manhattanie a krwisto czerwone.

Kawał historii. Pomniki i monumenty gigantycznych rozmiarów. Muzea na każdym kroku. Myślę, że sporo udało nam się zobaczyć jak na kilka godzin w mieście. Monument Washingtona jest tak ogromny, że załapał się na najwięcej zdjęć. Oczywiście, obowiązkowe zdjęcie pod płotem Białego Domu też było 😉

monument (1)

monument (2)

lincoln (1)

lincoln (2)

roosvelt (2)

roosvelt

dzien 2 Waszyngton (224)

bialy dom (2)

king

king (1)

jefferson

jefferson

Ah! miło było przypomnieć sobie ten piękny i słoneczny dzień. Od razu cieplej na duszy. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś tam wrócimy i nie tylko wirtualnie. Mimo tego, że byliśmy w Waszyngtonie zaledwie 9 godzin, to była naprawdę niezapomniana wycieczka. Najlepsze wagary w moim życiu 😉

dzien 2 Waszyngton (413)

dzien 2 Waszyngton (406)

dzien 2 Waszyngton (412)

dzien 2 Waszyngton (444)

HUMANS – the CRUELEST SPECIES on EARTH

Przyznam, że dzisiaj ciężko mi zebrać jakiekolwiek myśli. O tragedii jaka wydarzyła się wczoraj w Paryżu dowiedziałam się około godziny 1 w nocy. Byłam wtedy w pracy i zupełnie nieświadoma tego co się dzieje, sfokusowana na żądnych procentów klientach, serwowałam koktajle. Noc była dość pracowita, ludzie pili jak szaleni ale obyło się bez żadnych piątkowych-13stkowych pechów. Zero awantur, pretensji, bójek… nawet zażartowałam do menedżerki, że mamy piątek 13tego a tu nic. No i wywołałam wilka z lasu. Kolega wpadł z przerwy i opowiedział mi o całym makabrycznym wydarzeniu, które miało miejsce kilka godzin wcześniej w moim ukochanym Paryżu. Islamscy zamachowcy! Czy to się już nigdy nie skończy? Cała Europa żyje w strachu. Tyle ludzi zginęło, tyle rodzin przeżywa właśnie najgorsze godziny swojego życia. Ocean łez i tony żalu. Co się dzieje z tym światem? Czy ludzie do reszty stracili swoje człowieczeństwo? Czy nie powinno być tak, że nieważne kim jesteś, skąd pochodzisz, w co lub w kogo wierzysz to wszyscy jesteśmy rasą ludzką i powinniśmy się szanować, a nie do cholery mordować nawzajem? Pomimo różnic językowych, kulturowych, mimo różnych kolorów skóry… to wciąż ten sam gatunek! Jak widać najokrutniejszy gatunek jaki stąpa to tej planecie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nie mam słów jakimi mogłabym wyrazić mój żal i współczucie dla Paryżan. Ludzie boją się opuścić ściany własnych mieszkań. Setki rodzin ze złamanym sercem opłakuje swoich bliskich. Ich życie już nigdy nie będzie wyglądało tak samo. Paryż już nigdy nie będzie taki sam.

Wszyscy jesteśmy Europejczykami, wszyscy jesteśmy obywatelami Ziemi, wszyscy jesteśmy ludźmi. Nie traćmy swojego człowieczeństwa.

Łączę się w bólu ze wszystkim żonami, matkami, córkami… wszystkimi rodzinami, które straciły wczoraj swych bliskich. Niech Bóg ma Was w swojej opiece.  ❤

XMAS TIME… A**HOLES TIME ;)

Kolejny poniedziałek i kolejny tydzień przed nami. Dzisiaj sobie troszkę pomarudzę. Za kilka godzin zaczynam pracę i przyznam, że jakoś specjalnie nie skaczę z radości na tą myśl. Nie wiem co się dzieje z tymi ludźmi ale ostatnio mamy okropnych klientów. Same dupki i rozpieszczone małolaty, które nie mają w sobie za grosz szacunku i kultury. Irlandczycy chyba nie do końca rozumieją o co chodzi w tym całym bezstresowym wychowywaniu. Czy naprawdę tak ciężko przepuścić przez gardło słowo dziękuję? Miły uśmiech do osoby, która z oddaniem tworzy umilający ci wieczór, magiczny trunek. Czy prosze o zbyt wiele? Świat spada na psy, serio. A tu najgorsze przed nami, bo w Dublinie im bliżej Świąt Bożego Narodzenia tym gorzej. Tradycja 12 pubów i miliony imprez pracowniczych.

BAR na blogaNie mam nic przeciwko imprezowiczom, na prawdę! Kiedyś sama latałam co weekend ze znajomymi potańczyć, zresztą nadal lubię od czasu do czasu wyjść się zabawić. Ale to co się dzieje w Dublinie w okresie świątecznym to istne szaleństwo. Tu nie celebruje się tego magicznego czasu z rodziną, w domu przepełnionym zapachami świątecznych potraw i wypieków. Najważniejsze żeby iść się uchlać do nieprzytomności. Domniemam, że po takiej ilości odwiedzonych klubów to raczej mało realne aby ktoś był chociażby w malutkim stopniu trzeźwy.

Uwielbiam Święta Bożego Narodzenia i staram się oddzielać pracę od życia prywatnego i nie denerwować w tym okresie ale uwierzcie mi, że czasami się po prostu nie da. Wszyscy jesteśmy wykończeni i zestresowani po ciężkich nocach. Biegamy, skaczemy za barem aby każdy mógł jak najszybciej wypić swojego ulubionego drinka. Tylko czy to w ogóle ma sens? Czasami pukam się w głowę, po cholerę ja się tak staram… oni i tak nie zwracają uwagi na to co piją. Możecie wierzyć lub nie ale najczęstszym pytaniem, które zadają klienci jest to o najmocniejszego drinka i mało istotne jest, co wchodzi w jego skład.

Najbardziej śmieszą mnie ludzie, którzy dosłownie błagają o extra kropelkę alkoholu. Serio? Twoje błagania są po prostu żenujące i zwyczajnie śmieszne.lol Po kilku latach pracy za barem doszłam do wniosku, że najgorsze są dziewczyny. One piją dwa razy więcej od facetów i wcale nie żartuje. Podczas gdy mężczyzna zamawia pinta piwa, jego dziewczyna bierze koktajl i jeszcze shota, bo za słabe. Nie chcecie wiedzieć, co dzieję się potem w damskich toaletach. Syf, smród, sodoma i gomora.

Okres listopadowo-grudniowy jest na maxa wyczerpujący dla nas wszystkich pracujących w dublińskich barach. Myślę, że nie jeden barman się ze mną zgodzi, iż najgorsi są niedzielni kierowcy nocnego życia. Głównie ludzie z biur, którzy tylko w okresie świątecznym wychodzą w miasto i myślą, że pozjadali wszystkie rozumy. W ogóle nie imprezują w ciągu roku i totalnie nie wiedzą jak się zachować, piją na umór, szybko łapią fazę, mają miliony pretensji i przede wszystkim w ogóle nie liczą się ze staffem. Czy tylko dlatego, że pracujesz w korporacji musisz tak zadzierać nosa? Ja w Polsce też byłam biurwą i nigdy nie wywyższałam się z tego powodu. Tak samo jak świat potrzebuje księgowych, bankierów, grafików etc. tak samo potrzebuję barmanów, kucharzy, sklepikarzy czy śmieciarzy. Tym bardziej w Dublinie, mieście w którym życie kręci się wokół barów.

No nic, wyżaliłam się troszeczkę, uwolniłam emocje i mogę zbierać się do pracy. Trzymajcie za mnie kciuki abym wytrwała ten szalony, dupkowaty okres.

Jestem ciekawa jak u Was wygląda okres przed świąteczny. Pracowicie, rodzinnie a może już zaczęła się gorączka świątecznych zakupów?

HELLO NOVEMBER :)

No i mamy listopad. W Dublinie piękna jesień. Ciepło i słonecznie, aż nie do wiary, że jesteśmy w Irlandii. Po wczorajszej szalonej i pracowitej nocy halloweenowej, dzisiaj postawiliśmy na spokój i chillout. Z dala od tłumów, z dala od głównych i najbardziej obleganych ulic irlandzkiej stolicy. Tylko my, dobra kawa i miły spacer. Dublińskie alejki obsypane są rudoczerwonymi liśćmi, a drzewa błyszczą w słońcu jak złoto. Uwielbiam taką jesień. Słonecznie, kolorowo i przyjemnie. Aż chce się uśmiechać, oddychać pełną piersią. Brakowało mi takiej pogody. Uwielbiam szary ale niekoniecznie na niebie. Fajnie jest choć od czasu do czasu zobaczyć słońce i piękny błękit tam u góry.

novemberblog

Nie mogłam sobie wymarzyć lepszej pogody na dzisiaj. Po ciężkim tygodniu w pracy, naładowaliśmy baterie i jutro zaczynamy kolejny tydzień.

Halloween 2015

A tak wyglądała zeszła noc w Capitolu. ”Kto się boi Gargamela…” Chyba każdy pamięta słowa tytułowej piosenki Smerfów 😉 Moim wczorajszym faworytem był jeden z bohaterów ukochanej bajki z dzieciństwa. Trochę z sentymentu, a trochę z sympatii. Nie dość, że super wyglądał to jeszcze był bardzo miły i grzeczny. Oby więcej takich smerfowych uprzejmości na codzień.

Dobrej nocy Kochani, samych kolorowych snów i miłego poniedziałku 😉 ❤