STAŻYSTKA

Hejka, mam nadzieje, że u Was słoneczko świeci równie mocno jak u mnie i umila Wam pracowity poranek. A propos pracy… jest połowa marca, a więc dziś obchodzę swoją pierwszą stażową miesięcznicę.  Tak! Jestem stażystką 😉

Po powrocie do Polski nie potrafiłam zdecydować i jasno określić, co ja właściwie chcę robić dalej w swoim życiu… Ale mniej więcej wiedziałam, czego robić nie chcę! Wiedziałam, że nie chcę wracać do wcześniej wykonywanego zawodu (choć w ostateczności i taką ewentualność brałam pod uwagę), wiedziałam też, że to nie Dublin i nie stanę za barem. Obiecałam sobie, że zrobię wszystko aby praca dawała mi nie tylko comiesięczne wynagrodzenie ale przede wszystkim przyjemność, radość i poczucie spełnienia. Marzyłam o tym aby móc pracować w zawodzie, który będzie wiązał się choć w małym stopniu z moimi pasjami. Postanowiłam się przebranżowić. Najlepszą dla mnie opcją rozwoju i posmakowania czegoś zupełnie innego było pójście na staż… I tak oto zostałam pełnoetatową stażystką.

Wbrew przekonaniom, stażysta to nie osoba od parzenia kawy czy stania pół dnia przy ksero  (choć pewnie zależy to także od pracodawcy – tak kojarzą mi się praktyki, które odbywałam będąc jeszcze w ekonomiku). Dla mnie staż to coś bardziej serio. To idealna opcja dla osób, które szukają swojej drogi – tak jak ja – które czują mięte do danego zawodu ale nie mają wystarczająco dużo doświadczenia aby starać się o pełnowymiarowy etat. Dziś, w moim przekonaniu stażysta traktowany jest jak członek ekipy… osoba przygotowywana do zawodu. Być może to ja mam szczęście, bo na taki staż trafiłam, a w zasadzie sama go sobie wybrałam i teraz się mądrze ale takie jest moje zdanie. Zdanie poparte zdobytym doświadczeniem. To jest mój drugi staż w życiu – zaczynając studia też wybrałam staż zamiast pracy w fast foodzie czy sklepie z ciuchami i stąd moje wnioski. Wtedy moje poświęcenie finansowe (staże były płatne ok 500 zł) zaowocowało późniejszym zatrudnieniem i szybkim rozwojem zawodowym. Kończąc studia miałam już pięcioletni staż pracy w księgowości, więc całkiem nieźle.

Do czego zmierzam… Wiem, że dziś świat kręci się wokół pieniędzy, wiem też, że trzeba coś jeść, płacić rachunki i od czasu do czasu wyskoczyć na piwo, ale…  jeżeli marzycie o zmianie swojego życia zawodowego bądź rozwoju w zawodzie, do którego wykonywania przygotowujecie się na studiach  a macie możliwość przypiąć pasa i przez kilka miesięcy pożyć za tysiaka (tyle płatny jest staż dziś), to zróbcie to. To jest inwestycja w przyszłość.

Rozumiem to, że dla niektórych staż po 30-stce może okazać się zwykłym szaleństwem i niezbyt rozsądnym wyborem. Sama zastanawiałam się na początku czy dobrze robię, czy aby na pewno nie jestem na to za stara haha, ale wiecie co… nigdy nie jest za późno aby zacząć od nowa. Mamy jedno życie i fajnie by było czuć się w nim dobrze, lubić je! Ja jestem na początku drogi i nie mam żadnej gwarancji, że da mi ona pełnię szczęścia. Być może pod koniec mojego stażu dojdę do wniosku, że to jednak nie to… że nie odnajduję się w redakcji . Tego się nie da się przewidzieć, trzeba podjąć ryzyko. Ja pojęłam i liczę na to, że moja decyzja była najlepszą z możliwych.

No właśnie… redakcja! Zapomniałam o najważniejszym – gdzie odbywam ten mój kilkumiesięczny staż? Jak wspominałam na początku, chciałam robić coś z pasją, coś co mnie interesuje, coś co będzie dawało mi radość. Kocham podróże, lubię pisać… czemu by nie połączyć tych rzeczy?! I tak oto zostałam stażystką w redakcji  najstarszego miesięcznika podróżniczo-geograficznego w Polsce. Czy to będzie moja praca marzeń? Tego jeszcze nie wiem ale już teraz, po dwóch tygodniach stażowania mogę śmiało powiedzieć, że jest fajnie… i cieszę się, że podjęłam to wyzwanie i zdecydowałam się na zostanie redakcyjną stażystką.

PicsArt_03-14-10.11.53

 Buziaki i do następnego 😉 miłego, słonecznego dnia Wam życzę!

Reklamy

LAST DAY OF JANUARY… the last day of illumination!

Ostatni dzień stycznia i ostatni dzień światełek w naszym Oliwskim Parku. Jak widać Oliwa równie długo nie mogła się rozstać ze świętami jak i ja. Tak pięknie było, że wcale nie miałam ochoty tego zmieniać i tak oto dopiero wczoraj rozebrałam choinkę i spakowałam świąteczne dekoracje. To były nasze pierwsze od pięciu lat święta w Polsce więc chyba rozumiecie przedłużoną radość 😉

To co działało się tej zimy w Oliwie przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Moja ukochana dzielnica otulona świąteczną płachtą z setek tysięcy światełek. Uwielbiam świetlne dekoracje i dziwie się, że miasto mruga do nas tylko w okresie świąt. Jak dla mnie mogłoby tak zostać na cały rok, no może bez gwiazdkowych akcentów ale lekka, błyszcząca poświata na drzewach między alejkami byłaby idealna. Wszyscy, którzy uwielbiają romantyczne spacery o zmroku chyba się ze mną zgodzą.

img_0214

Wracając do iluminacji… Przyznaję, że od połowy grudnia robiłam kilka podejść do pielgrzymki po parku i za każdym razem traciłam cierpliwość po 10 minutach przeciskania się przez tłumy. Nie wiedziałam, że aż tylu ludzi mieszka w Trójmieście hahaha. A tak serio, to było istne szaleństwo. Jak widać nie tylko ja i mój P. lubimy światełka. Na szczęście mieszkamy po sąsiedzku, więc mogliśmy wyskoczyć z domu w każdej możliwej chwili aby nacieszyć oczy i zaspokoić ciekawość. Sami zobaczcie jak u nas pięknie było przez ostatnie półtora miesiąca…

img_0470-2img_0476-2img_0358-2img_0494-2img_0485-2img_0205-2

Miłego wieczoru i do następnego razu.xx

I AM ALIVE :)

Hm, od czego by tu zacząć? Nie macie pojęcia jak ciężko jest wrócić do pisania po wielu miesiącach przerwy. Kilkanaście razy otwierałam Łabędzia i zbierałam się do tego aby wyjaśnić czemu mnie tu nie ma, dlaczego siedzę cicho… ale najwidoczniej nie byłam na to gotowa. Zamknęłam się w ciemnej jaskini i tak oto straciłam inspirację do wszystkiego co zawsze dawało mi wiele radości. Ale wróciłam i chyba czuje się już całkiem dobrze. Zrobiłam coś co dało mi wiele energii na kolejne kilka miesięcy, zaczęłam tam gdzie skończyłam. Wsiadłam w samolot i poleciałam do Dublina aby odwiedzić moje niedawno opuszczone życie, aby odnaleźć siebie i zabrać do domu.

Jeszcze kilka tygodni temu pisałam post o tym jak ciężko znoszę miesiące dłużącego się remontu, brak pracy na etacie i takie tam problemy każdego powrotnika. Oczywiście nie opublikowałam go, nie byłam na to gotowa, nie chciałam narzekać i żalić się jak to mi jest ciężko. Do tego podświadomie czułam, że to nie jest jedyny powód mojego nastroju. Myślę, że nie byłam gotowa na pakowanie walizek akurat ostatniego dnia lipca. Za dużo działo się w mojej głowie w ostatnich miesiącach przed wyjazdem. To jakby nie był mój moment, miałam kilka nie pozałatwianych spraw, które męczyły mnie w myślach. Dusiłam to wszystko w sobie, bo i tak nie było już odwrotu. Wylądowałam w Gdańsku, zajęłam się mieszkaniem i tak oto ”zasnęłam towarzysko” na pół roku, nagle remont się skończył a ja obudziłam się w miejscu zupełnie mi obcym. Nie mogłam się odnaleźć we własnym domu. Czułam, że jeszcze chwila a się uduszę. Musiałam spakować walizkę i cofnąć się do przeszłości… do miejsca, które było mi bardziej znane niż to w którym znajdowałam się obecnie. Chciałam sprawdzić co poczuję gdy wyląduje w Dublinie. Czytacie ten post, więc jak widać wyjazd okazał się bardzo pomocny i inspirujący.

img_0423-2

Spędziłam w Dublinie pięć najbardziej szalonych i dziwnych zarazem lat mojego życia. Chyba bałam się, że jak wrócę do Polski to wszystko pęknie jak bańka mydlana. Będąc tam kilka dni poczułam, że ta więź i wspomnienia nigdy nie znikną. Wróciłam do domu ale kawałek mojej duszy i serca na zawsze pozostanie na zielonej wyspie, mam tam Przyjaciół.

Obiecuję, że już nie opuszczę Was na tak długo… za dużo tych pustych kartek w pamiętniku. Witajcie ponownie i do następnego razu. Happy weekend! xx

Rodzinnych przede wszystkim… <3

Ostatnie pół roku było dla mnie dość nerwowe i stresujące… długo oczekiwany powrót do kraju, wielka demolka mieszkania i ogólnie całego naszego życia. Niebyło mnie tu bardzo długo nad czym niezmiernie ubolewam ale obiecuję, że wszystko nadrobię. W końcu muszę wylać z siebie te kilkumiesięczne emocje i przemyślenia, które dzielnie zbieram od dłuższego czasu. Ale nie o tym dziś chciałam pisać. Jest Wigilia, a ja odpaliłam czarnego łabędzia aby życzyć Wam samych wspaniałości!

IMG_0142 (2).JPG

Nie wiem jak Wy ale ja wyczekiwałam na ten dzień bardzo długo. To wyjątkowe dla nas święta, bo pierwsze od pięciu lat w Polsce z całą rodziną! Nie ma nic cenniejszego na świecie niż czas spędzony z bliskimi i ja coś o tym wiem. Tego właśnie chciałabym dziś życzyć wszystkim Wam na gwiazdkę… świąt w otoczeniu najbliższych, rodziny i przyjaciół. Dużo radości, uśmiechu i pogody ducha… no i zdrówka oczywiście, bo bez niego ani rusz 🙂 Kochajcie się moi mili i wspierajcie nawzajem. Amen!

A teraz odmeldowuję się i wracam do kuchni, jak to typowa kura domowa.lol

ROBIĘ REMONT, ZARAZ WRACAM ;)

Patrzę na datę ostatniego wpisu i oczom niewierze… kiedy to minęło? Mogę bez wahania nazwać wrzesień miesiącem bez komputera. Czy to w ogóle możliwe w XXI wieku? No niestety, w życiu są rzeczy ważne i ważniejsze i choć uwielbiam blogować to musiałam wziąć przymusowy urlop od pisania i zająć się domową rewolucją. Remont naszego mieszkania okazał się bardziej skomplikowany i czasochłonny niż myśleliśmy. Praktycznie od samego przyjazdu do Polski nie żyjemy niczym innym niż naszym małym placem budowy.lol Patrząc wstecz, na nasze plany i przemyślenia dotyczące powrotu do kraju i tej całej mieszkaniowej demolki stukam się w głowę i myślę… albo tak głupi albo tak optymistyczni haha. Jak mogliśmy w ogóle pomyśleć, że wyrobimy się w miesiąc. No, może z super brygadą remontową byłoby to całkiem możliwe. My jednak postawiliśmy na własne siły. Jesteśmy sami sobie majstrem i ekipą budowlaną. Trzej muszkieterowie 😉 Mr MacGyver jedyny zawodowiec w naszej ekipie i mózg operacji czyli mój tata, nasz Super Hero i koleś od brudnej roboty – mój P. no i ja dyrektor kreatywny i dziewucha od wykończeniówki haha.

picmonkey-collage

Ten remont to nasze małe wielkie wyzwanie i wiecie co… prawdą jest, że czasem mam ochotę rzucić to wszystko w cholerę, bo coś tam nie pasuje, bo coś nie działa i coś tam trzeba poprawić i potem jeszcze raz i jeszcze raz ale mam też ogromną satysfakcję i jestem z nas dumna, że tak dzielnie sobie radzimy. Zbudowaliśmy wszystko od podstaw i jesteśmy już bardzo blisko końca. Uffffff! nie mogę się doczekać przeprowadzki, a przede wszystkim nie mogę się doczekać naszego nowego życia w naszym nowym domu 🙂

Teraz muszę już uciekać, miłego dnia wszystkim i wybaczcie, że tak długo mnie tu nie było. Mam nadzieję, że to była jednorazowa tak długa rozłąka. Do następnego.xoxo

MIESIĘCZNICA POWROTNIKÓW ;)

No i mamy 31 sierpnia! Dla dzieciaków ostatni dzień wakacji, a dla nas pierwsza miesięcznica w kraju. Mam wrażenie jakby to było wczoraj, noc pożegnań z dublińskim życiem i wczesny samolot do Gdańska. Tamtego dnia obiecałam sobie, że będę dzielna i nie rozkleję się… no i prawie dotrzymałam obietnicy, aż do momentu gdy znaleźliśmy się w chmurach.  Wtedy dotarło do mnie co naprawdę się dzieje. Wiedziałam jak mój P. cieszy się z powrotu do domu i nie chciałam psuć mu tej radości ale łzy spływały po policzkach jak szalone. Teraz też szklą mi się oczy… tęsknie i nie boję się tego przyznać. Jestem tylko człowiekiem, a do tego całkiem wrażliwym hehe. Bardzo ciężko przeżywam rozstania, a jeszcze ciężej pożegnania. Minął miesiąc od naszego powrotu, a ja nadal miotam się z myślami ale inaczej niż na początku. Już nie czuję żalu i tego ogromnego strachu. Nie wiem co się ze mną stało ale pierwsze dwa tygodnie były moim wewnętrznym koszmarem. Kompletnie nie mogłam znaleźć sobie miejsca w moim własnym domu. Czułam się niepewna, przestraszona i bezsilna. Tęskniłam za starym życiem i za naszą dublińską rutyną. Minął miesiąc, a ja nadal tęsknie ale już nie żałuje. Wyszłam z cienia i wróciłam do normy, jestem dobrej myśli i wierze, że nam się uda to polskie życie. A jak wyglądało nasze pierwsze 31 dni w Polsce? A właśnie tak…

PicMonkey Collage (2)

Buziaki i do następnego 🙂

ZAPYTAJ MNIE… PÓŹNIEJ! ;)

Hmmm od czego by tu zacząć… Może od tego, że dzisiaj jest 15 sierpnia czyli minęły już dwa tygodnie od kiedy wróciliśmy do kraju. Już dwa, a może dopiero!? Jak się czuję? Jak mi się żyje? Czy się cieszę, że wróciłam… wszyscy zasypują nas pytaniami, a ja zwyczajnie nie znam na nie odpowiedzi. Biję i motam się z myślami każdego dnia. Wierzcie mi, powrót do domu po kilku latach nieobecności wcale nie jest taki łatwy jakby mogło się wydawać. My zaczęliśmy nasze nowe życie w Polsce od remontu. Remont generalny mieszkania, którego końca nie widać hehe. Ale to jest ta bardziej przyjemna strona, bo gdy już skończymy brudną robotę to przyjdzie czas na urządzanie gniazdka i będzie pięknie. Temat, który nie daje mi spać to PRACA! Oboje ustaliliśmy, że najpierw musimy zająć się domem, a potem zaczniemy rozglądać się za jakąś robotą… tylko, że ja dostałam jakiegoś chorego paraliżu i wpadłam w jakaś cholerną jaskinię, z której nie mogę wyjść od przyjazdu do Gdańska. Czuję się słaba, a na samo słowo praca mam gęsią skórkę… i jak ja mam w takim stanie znaleźć pracę? I czy ja się w ogóle do czegoś nadaję?!? Nie lubię się za te głupie myśli ale takie właśnie w tym momencie mam. Zwariować można. Wiem, że to normalne i że każdy potrzebuje czasu aby się przyzwyczaić, zaaklimatyzować i ja nie jestem w tej kwestii żadnym wyjątkiem. Ale boje się i nie ma co tego ukrywać. Dlatego proszę… dajcie mi trochę czasu na poukładanie myśli, no i tego nowego życia do kupy a obiecuję, że za kilka miesięcy odpowiem na wszystkie nurtujące was pytania 😉

20160807_170621

Buziaki i miłego poniedziału, trzymajcie za mnie kciuki… plisss 😉